niedziela, 15 marca 2015

Zagubieni


Wielka Krokiew.
Twój drugi dom. To jej powierzałeś wszystkie wątpliwości, tajemnice, odbijajac się z progu i dając się nieść powietrzu.
To tu też spotkałeś Marysię po raz pierwszy i to pod nią przekonałeś się, że istnieje coś takiego, jak miłość od pierwszego wejrzenia. To pod nią zorganizowałeś waszą pierwszą randkę, to prosto z niej zaprowadziłeś ją do Morskiego Oka, aby dała się ponieść muzyce. To pod nią po raz pierwszy pocałowałeś jej śliczne, malinowe usta.
Teraz śmiała się z politowaniem z teorii wielkiego podrywu według twojego młodszego brata. Błysk w oku jednak nie był już taki sam, jak kiedyś. Wesołe spojrzenie ustąpiło dość pogodnemu, ale jednak melancholijnemu.
- Marysia, trzymaj kciuki - cmoknąłeś ją przelotnie w policzek. - Tylko tak mocno.
Ona zaśmiała się w odpowiedzi, przytulając się mocno do ciebie.
Wjeżdżając na skocznię, próbowałeś myśleć jedynie o czekających cię zawodach, ale zastanawiałeś się nad tym, co siedzi w głowie Marysi.
Jak, tak naprawdę, trzyma się po tym wszystkim? Czy ona w pełni ci wybaczyła? Jakie uczucia teraz w niej tkwią?
Gdy nadeszła twoja kolej, usiadłeś na belce i wziąłeś głęboki oddech. Zacząłeś pokonywać tory i odbiłeś się od progu, chcąc zostawić wszystko to, co cię dręczy.
To wszystko cię przytłacza. 
To wszystko przyciska cię do ziemi. 
To wszystko nie pozwala ci się oddać powietrzu. 
To wszystko nie pozwala ci daleko odlecieć.
To nie był dobry skok. Pokręciłeś głową z dezaprobatą.

- Nie wyszło mi.
Przełknąłeś głośno ślinę, nerwowo oddychałeś. Nie miało tak być, to nie miało tak wyglądać. Po chwili jednak się uśmiechnąłeś. Konkurs świąteczny miał bowiem to do siebie, że każdy, bez względu na wynik, był zadowolony i do każdego odnosił się z życzliwością. W końcu odbywał się on dzień przed Wigilią. Wszyscy byli szczęśliwi z tego, że spędzą czterdzieści osiem godzin bez skoków z najbliższą rodziną
- Zachowujesz się, jakby konkurs przed chwilą się skończył. - spuentowała Marysia.
- Trzynaste miejsce po pierwszej serii. Już widzę ten dobry wynik - przygryzłeś wargę.
- Będzie podium - uśmiechnęła się promiennie. - Wiem to.
- Ja w to nie wierzę.
- Ale ja wierzę.
- Masz w sobie nadzieję nawet wtedy, kiedy nie ma ku temu powodów.
- Krzyś, nadzieję trzeba mieć zawsze.
- Nawet wtedy, kiedy coś nie jest możliwe? - zapytałeś. - Tak teoretycznie.
- Nawet. Uciekaj na górę - pomachała ci na odchodne.
Jako siedemnasty z kolei usiadłeś na belce startowej. Tym razem byłeś znacznie spokojniejszy i, o dziwo, miałeś znakomite przeczucia. Musiało ci się udać. Musiało być dobrze.
Ruszyłeś, odbiłeś się od progu.
Ona dawała ci nadzieję.
Ona ciągle w ciebie wierzyła.
Ona paradoksalnie miała więcej optymizmu od ciebie.
Lecisz. Nagle spostrzegasz, że przed tobą jest tylko linia wyznaczająca rozmiar skoczni.
Sto trzydzieści cztery i pół metra. Było tak, jak być powinno.

Czekałeś na skok trzeciego zawodnika po pierwszej serii. Ciągle byłeś pierwszy, w co zupełnie nie dowierzałeś.
Bałeś się, ale za razem czułeś narastające w sobie podekscytowanie. Medal Mistrzostw Polski po kilku latach zwyczajnej pustki?
Powiadają przecież, że pierwsze koty za płoty.
Trzeci od końca zawodnik odbił się od progu. Wiatr jednak zdecydował, że to nie on będzie cieszył się z medalu. Zdecydował, że medal w swoich rękach będziesz dzierżyć dziś ty. Po chwili, po skokach pozostałej dwójki, która obroniła swoje pozycje, słyszałeś tylko stłumione dźwięki gratulacji. Poczułeś też dotyk. Zimny dotyk jej rąk, który zarazem był tym najbardziej przez ciebie pożądanym.
Chłód przejechał po twoim karku, błądził po twoim ciele. Przyjemny dreszcz przeszedł po twoim kręgosłupie. Przymknąłeś oczy z zadowoleniem. Przytuliła się do twoich pleców, a ty delikatnie chwyciłeś jej skostniałe dłonie, pocierając je, by je ogrzać.
- Wiedziałam, że ci się uda - wymruczała, wtulając się w twoje plecy. - Mówiłam.
- Mówiłaś. Miałaś rację - odwróciłeś się w jej kierunku i chwyciłeś jej twarz w dłonie. Na jej delikatnej skórze gdzieniegdzie wyłaniały się piegi, dodające Marysi jeszcze więcej tak bardzo uwielbianej przez ciebie tajemniczości, którą ta niewątpliwie miała.
- Musisz się mnie słuchać. Jak widzisz, zazwyczaj mam rację.
- Koniecznie - głośno westchnąłeś, gładząc jej blond włosy. - Wierzyłaś. To mi pomogło.
- Wiara przenosi Tatry - zaśmiała się serdecznie. - Lecę pogratulować chłopakom. Poświętujemy wieczorem.
Spojrzałeś na oddalającą się sylwetkę twojej ukochanej z szerokim uśmiechem. Była twoim żywym złotem, trochę jak anioł. Z radością przytulała się do mistrza i wicemistrza Polski, biegała pomiędzy zawodnikami a kibicami.
Twój spokój zaburzył głos.
Głos, który swego czasu nocami szeptał, jak bardzo jesteś wspaniały.
Głos kobiety, której miałeś nigdy więcej nie spotkać.
Głos, który omal nie odebrał ci Marii twojego życia.
- Gratulacje, Krzysiu.
- Dziękuję, ale nie mam czasu na gadkę. Muszę już iść.
- Poczekaj. Nie zaszkodzi nam porozmawiać, czyż nie? - zapytała zalotnie Klara.
- Zaszkodzi.
- Nie daj się dłużej namawiać.
Pomimo tego, że tak bardzo tego nie chciałeś, uległeś. Uległeś, choć obiecałeś, że nigdy więcej tego nie zrobisz.
Klara znów zrobiła to, co wtedy. Skusiła.

Zobaczyła ich razem, choć otrzymała obietnicę, że nigdy się to nie zdarzy. Miała żal, była rozczarowana. Samotny spacer uznała za dobry pomysł, aby pozbyć się tego widoku z głowy i stłumić w sobie gorycz.
Z każdej strony otaczała ją ciemność. Tego właśnie chciała. Panująca aura przyniosła jej odrobinę ulgi, choć nie zabiła poczucia bezradności.
A ona tego nienawidziła.
Znała go. Wiedziała, że jemu czasami brakowało asertywności. Nie wiedziała jednak, że słabość do Klary będzie tak wielka.
Bolało. To nie tak miało być. Znowu straciła wiarę, znowu straciła grunt pod nogami. Wspomniana wiara uciekała łzami, które robiły wszystko, by przestała biec przed siebie. 
- Maryśka, poczekaj!
Stanęła jak wryta. Jego tu miało nie być. On teraz miał być w Czechach i spokojnie czekać na Wigilię.
Owy on to Roman Koudelka, który stanął przed nią i złapał ją za ramiona.
- Co ty tu robisz? - wydusiła z siebie.
- Przyjechałem z Klarą.
- Ty z nią coś tam?
- Nie - zdecydowanie zaprzeczył. - To znaczy, w pewnym sensie tak. Ale to za dużo opowiadania. Krzysiek spanikowany cię szuka.
- Niech szuka. Mam to gdzieś.
- Cała ty, Marysia - zaśmiał się Roman, w którego ustach jej imię zabrzmiało tak delikatnie, czysto. - Chodź. Chyba nie chcecie sobie spaskudzić humoru przed Wigilią?
- Jakbyś nie zauważył, to on mi go zepsuł jako pierwszy - warknęła.
- Zbliża się czas wybaczania. To cię przekona?
Z obrażoną miną poszła za Koudelką. Szli w milczeniu, chociaż niekiedy ten obdarowywał ją nieco pobłażliwym, ale łagodnym uśmiechem. Kiedy zobaczyła ciebie, rzuciła ci się w ramiona.
A ty odetchnąłeś. Twoja Maria była przy tobie, trzęsła się z zimna w twoich objęciach, a ty zanurzyłeś swoją twarz w
jej włosach.
- Nigdy więcej mi tego nie rób, rozumiesz? - szepnęła. - Nigdy z nią nie rozmawiaj.
Ty tylko wziąłeś głęboki oddech i przytuliłeś ją do.siebie mocniej. Przecież to była jedynie rozmowa.
- Dobrze. Ale przesadzasz. 
- To ona.przesadza z tym, że najpierw wlazła z butami w nasze życie, a teraz z tobą rozmawia, jak gdyby nigdy nic. Cała, wyrachowana ona.
- Nie rozumiem, czemu oskarżasz mnie o wyrachowanie - syknęła Klara.
- Mam swoje powody, które ty świetnie znasz. Krzysiek, idziemy. Cześć, Roman! - po chwili złości skierowała uśmiech do Koudelki.
On zaś wbił wzrok w jej sylwetkę, jakby chcąc ją zatrzymać.

Maria. Jej imię w pełni zdradzało jej wyjątkowość, przynajmniej dla niego. Wydawało mu się, że ją znał. Ona też chciała kochać, troszczyć się, mieć do kogo wracać, tak jak on, Roman Koudelka.
Ktoś mógłby pomyśleć, że ma kogo kochać, ma do kogo wracać, ma o kogo się troszczyć. Bzdura.
Bo Krzysiek był wprawdzie jej, ale jednocześnie był obcy, nieznany. Jakby jej uczucia zapomniały o nim i usiłowały sobie przypomnieć, jak to jest kochać drugą osobę. 
Widział to w momencie, gdy ona tak mocno przytuliła się do niego. Chciała go zatrzymać, ale jednocześnie się bała. Dlaczego?
Bo ona przestała go znać. Nie wiedziała, co tkwi w jego sercu, czego on chce, czego pragnie. Zapomniała, jak to jest interesować się drugą osobą.
Zapomniała, tak jak on. Ostatni raz kobieta była dla niego ważna pół roku temu. Potem doświadczył odrzucenia i utknął w martwym punkcie. Nagle jego serce stało się puste.
A Klara? To układ. To jedynie układ zakończony milczeniem sprzed piętnastu minut. Nic więcej.
To przedstawienie nie mogło dłużej trwać. Nie dla niego.
Maria. Blondynka o delikatnych rysach twarzy i pięknie zarysowanych ustach. Kocha i jest kochana, być może pozornie. Uwielbia stwarzać pozory, dla dobra swojego spokoju. Jest zagubiona, spragniona prawdziwego kochania, jak on.
Maria. On nie potrafił wyrzucić z głowy jej zawiedzionej twarzy.
Maria. On nie mógł o niej zapomnieć.
___
Jest. W końcu jest, chociaż nie do końca to wyszło tak, jak miało wyjść.

piątek, 27 lutego 2015

Ona.


Masz na imię Krzysztof, chociaż równie dobrze mógłbyś mieć na imię Kłamca.
Przez długi czas okłamywałeś nie tylko siebie, ale i Ją.
Marię twojego życia.
Owa ona siedziała właśnie na parapecie, beznamiętnie patrząc na malownicze szczyty gór. Opierała głowę o kolana i palcami dłoni badała fakturę parapetu.Jej słomiane włosy delikatnie opadały na jej ramiona, a jasna sukienka miękko układała się na jej chudym ciele.Zadrżała, słysząc twoje kroki. Odwróciła niepewnie spojrzenie ku twojej sylwetce.
- Maryniu - westchnąłeś głośno, przymykając delikatnie oczy. - Mamy całe popołudnie i wieczór tylko dla siebie.
Ona zaś tylko uśmiechnęła się do siebie, przebąkując pod nosem coś o tym, że się zgadza.
Tak bardzo ją kochasz. Tak bardzo żałujesz.
Nieśmiało do niej podchodzisz. Gładzisz dłonią jej ramię, a ona unosi kąciki swoich ust do góry.
- Krzysiu, usiądź naprzeciw mnie. - poprosiła.
Zrobiłeś to, co chciała. Patrzyłeś głęboko w zieleń jej oczu. Jej spojrzenie było rozmarzone, zagubione. Dolna warga drżała jej tak, jakby bardzo się bała.
- Boję się. Tak bardzo boję się o nas
Znowu.
Zbliżyłeś się do niej i przytuliłeś ją do swojego torsu. Łzy moczyły twoją koszulkę. Ciche łkania sprawiały, że poczułeś się bezsilny.
Ona wciąż nie umiała ci zaufać. Nie umiała zaufać Kłamcy.
Kłamcy, który zdradził.
- Maryś, będzie dobrze. Zaufaj mi. Spróbuj - ledwo przeszło ci to przez gardło. Bywały momenty, w których sam nie umiałeś sobie zaufać. Jak mogłeś więc namawiać Ją do tego, aby spróbowała to zrobić?
- Próbuję - przygryzła wargę. - Naprawdę próbuję, ale nie bez strachu.
- Wiem. Przepraszam - znieruchomiała w twoich ramionach, delektując się zapachem twoich perfum.
- Nie przepraszaj. Bądź przy mnie. Po prostu.
Musieliście poskładać siebie po tym, co się zdarzyło, ale miałeś nadzieję, że wam się uda.
Bo umierałeś z miłości, a to najpiękniejsze umieranie.

Ona. Dla niej warto tak umierać. Właśnie krząta się po kuchni, przygotowując kolację i podśpiewując piosenkę zasłyszaną podczas niedawnych zawodów Pucharu Świata. Wszystko pozornie było takie, jak dawniej.
- Może ci pomogę? - zapytałeś nieśmiało.
- Nie musisz. Wszystko gotowe. Zapraszam. - oparła się o futrynę drzwi.
Posiłek zjedliście w ciszy. Marysia niepewnie, trzęsącą się dłonią, ściskała widelec, aż pewnym momencie jej upadł.
- Przepraszam - mruknęła i schyliła się, aby podnieść przedmiot.
- Mańka, zostaw ten widelec i spójrz na mnie.
Natychmiast oparła się z ciężkim oddechem o tył krzesła. Spojrzała z przerażeniem na twoją twarz. Wcale nie chciałeś jej przestraszyć swoim tonem głosu. Chwyciłeś jej bladą dłoń i delikatnie ją głaskałeś z cichym "spokojnie". Uśmiechnąłeś się do niej, pragnąc dodać jej otuchy.
- Kocham cię - szepnąłeś, już po raz kolejny w ciągu dnia.
- Krzysiek, ale ty mnie nie musisz ciągle zapewniać o swojej miłości. Wiem o tym - powiedziała pogodnie. - Wiem, że czujesz się winny, ale ja ci wybaczyłam - zaakcentowała bardzo wyraźnie ostatnie słowo.
- Tylko, że ja nie potrafię wybaczyć sobie.
- Krzyś - westchnęła. - Przejdzie ci to. Też się boję o naszą przyszłość, ale sam mi powiedziałeś, że damy radę. A ja chcę w to wierzyć.
- Czuję się tak, jakbym wyczerpał limit twojej miłości.
- Jak możesz w ogóle tak myśleć? - Marysia usiadła ci na kolanach - Wcale tak nie jest, skoro ci wybaczyłam.
Przytuliła twoją głowę do siebie. Jej serce biło szybko i nerwowo, a jej oddechy były niemiarowe. Blond włosy delikatnie łaskotały cię po twarzy. Twoje niebieskie oczy powędrowały w kierunku jej melancholijnego uśmiechu.
- Krzyś, nie zadręczajmy się tym wszystkim. To nie ma sensu.
Ona była taka silna. To była twoja mała-wielka kobieta.
___
Czemu? Nie wiem. Chyba dlatego, że chciałam czymś zabić zdziwienie przebiegiem MŚ. A że padło na Krzysia? Cóż, na kogoś paść musiało. Krótko, to początek.
Zachęcam do kliknięcia na bohaterów. Nie tylko ich dwoje wystąpi w tym przedstawieniu. Całusy!