piątek, 27 lutego 2015

Ona.


Masz na imię Krzysztof, chociaż równie dobrze mógłbyś mieć na imię Kłamca.
Przez długi czas okłamywałeś nie tylko siebie, ale i Ją.
Marię twojego życia.
Owa ona siedziała właśnie na parapecie, beznamiętnie patrząc na malownicze szczyty gór. Opierała głowę o kolana i palcami dłoni badała fakturę parapetu.Jej słomiane włosy delikatnie opadały na jej ramiona, a jasna sukienka miękko układała się na jej chudym ciele.Zadrżała, słysząc twoje kroki. Odwróciła niepewnie spojrzenie ku twojej sylwetce.
- Maryniu - westchnąłeś głośno, przymykając delikatnie oczy. - Mamy całe popołudnie i wieczór tylko dla siebie.
Ona zaś tylko uśmiechnęła się do siebie, przebąkując pod nosem coś o tym, że się zgadza.
Tak bardzo ją kochasz. Tak bardzo żałujesz.
Nieśmiało do niej podchodzisz. Gładzisz dłonią jej ramię, a ona unosi kąciki swoich ust do góry.
- Krzysiu, usiądź naprzeciw mnie. - poprosiła.
Zrobiłeś to, co chciała. Patrzyłeś głęboko w zieleń jej oczu. Jej spojrzenie było rozmarzone, zagubione. Dolna warga drżała jej tak, jakby bardzo się bała.
- Boję się. Tak bardzo boję się o nas
Znowu.
Zbliżyłeś się do niej i przytuliłeś ją do swojego torsu. Łzy moczyły twoją koszulkę. Ciche łkania sprawiały, że poczułeś się bezsilny.
Ona wciąż nie umiała ci zaufać. Nie umiała zaufać Kłamcy.
Kłamcy, który zdradził.
- Maryś, będzie dobrze. Zaufaj mi. Spróbuj - ledwo przeszło ci to przez gardło. Bywały momenty, w których sam nie umiałeś sobie zaufać. Jak mogłeś więc namawiać Ją do tego, aby spróbowała to zrobić?
- Próbuję - przygryzła wargę. - Naprawdę próbuję, ale nie bez strachu.
- Wiem. Przepraszam - znieruchomiała w twoich ramionach, delektując się zapachem twoich perfum.
- Nie przepraszaj. Bądź przy mnie. Po prostu.
Musieliście poskładać siebie po tym, co się zdarzyło, ale miałeś nadzieję, że wam się uda.
Bo umierałeś z miłości, a to najpiękniejsze umieranie.

Ona. Dla niej warto tak umierać. Właśnie krząta się po kuchni, przygotowując kolację i podśpiewując piosenkę zasłyszaną podczas niedawnych zawodów Pucharu Świata. Wszystko pozornie było takie, jak dawniej.
- Może ci pomogę? - zapytałeś nieśmiało.
- Nie musisz. Wszystko gotowe. Zapraszam. - oparła się o futrynę drzwi.
Posiłek zjedliście w ciszy. Marysia niepewnie, trzęsącą się dłonią, ściskała widelec, aż pewnym momencie jej upadł.
- Przepraszam - mruknęła i schyliła się, aby podnieść przedmiot.
- Mańka, zostaw ten widelec i spójrz na mnie.
Natychmiast oparła się z ciężkim oddechem o tył krzesła. Spojrzała z przerażeniem na twoją twarz. Wcale nie chciałeś jej przestraszyć swoim tonem głosu. Chwyciłeś jej bladą dłoń i delikatnie ją głaskałeś z cichym "spokojnie". Uśmiechnąłeś się do niej, pragnąc dodać jej otuchy.
- Kocham cię - szepnąłeś, już po raz kolejny w ciągu dnia.
- Krzysiek, ale ty mnie nie musisz ciągle zapewniać o swojej miłości. Wiem o tym - powiedziała pogodnie. - Wiem, że czujesz się winny, ale ja ci wybaczyłam - zaakcentowała bardzo wyraźnie ostatnie słowo.
- Tylko, że ja nie potrafię wybaczyć sobie.
- Krzyś - westchnęła. - Przejdzie ci to. Też się boję o naszą przyszłość, ale sam mi powiedziałeś, że damy radę. A ja chcę w to wierzyć.
- Czuję się tak, jakbym wyczerpał limit twojej miłości.
- Jak możesz w ogóle tak myśleć? - Marysia usiadła ci na kolanach - Wcale tak nie jest, skoro ci wybaczyłam.
Przytuliła twoją głowę do siebie. Jej serce biło szybko i nerwowo, a jej oddechy były niemiarowe. Blond włosy delikatnie łaskotały cię po twarzy. Twoje niebieskie oczy powędrowały w kierunku jej melancholijnego uśmiechu.
- Krzyś, nie zadręczajmy się tym wszystkim. To nie ma sensu.
Ona była taka silna. To była twoja mała-wielka kobieta.
___
Czemu? Nie wiem. Chyba dlatego, że chciałam czymś zabić zdziwienie przebiegiem MŚ. A że padło na Krzysia? Cóż, na kogoś paść musiało. Krótko, to początek.
Zachęcam do kliknięcia na bohaterów. Nie tylko ich dwoje wystąpi w tym przedstawieniu. Całusy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz